Jest dobrze i będzie jeszcze lepiej

Takie stwierdzenie niezbyt często pada z moich ust. Muszę przyznać, że w moim podejściu do tego, co się dzieje na polskim rynku najczęściej upodabniam się do zgorzkniałego starca, któremu nie zostało już nic innego, jak tylko machnąć ręką i ponarzekać sobie. A jest na co narzekać. Niewiele dobrego można powiedzieć o obowiązujących przepisach, praktykach restauracji związanych z winem, polityką cenową importerów i rynkiem wydawniczym, który wino ma generalnie w BARDZO głębokim poważaniu. Rzadko komu przyjdzie ochota na przetłumaczenie porządnych książek i wydaniu ich w naszej ojczyźnie, choć te pozycje sprzedają się jak ciepłe bułeczki, co za każdym razem obserwuję wchodząc do księgarni. A wchodzę tam często, zbyt często…

nowe_kroniki_wina_marek_bienczyk

Tym razem jestem cały w skowronkach z powodu tego, co ujrzałem, a w jeszcze większą rozkosz wprowadziło mnie to, co przeczytałem. Nie będzie narzekania, tylko ukłon i wyrazy uznania. Dokładnie tak.

Jeśli w tym roku pod choinką nie znaleźliście książki Marka Bieńczyka „Nowe kroniki wina” to żałujcie. Właściwie to nie! Nie żałujcie. Po prostu wyłącz ten komputer i leć szybko do księgarni, by ją kupić. Od razu usprawiedliwię się, że z Panem Markiem Bieńczykiem nie łączy mnie nic innego, jak tylko miłość do wina. Nie mowa tu o pięknie wydanej encyklopedii wiedzy, z ładnymi obrazkami, szczegółowymi mapami i wyjaśnianiu terminów. „Nowe kroniki wina” to zbiór felietonów, które zostały napisane w ciągu ostatniej dekady, z którymi tu i ówdzie, mogliśmy się zetknąć. Lekko strawna lektura, do tego bezpretensjonalna i z poziomem zadęcia -5 w skali od 1 do 10. Nie żeby to była jakaś tam radosna twórczość, zaniedbana językowo niczym moja. Nie, nie. To prawdziwa uczta. Bez względu na poziom wiedzy, czy też nie wiedzy będzie się podobała. Jeśli to Ci nie przypadnie do gustu, to obawiam się, że zostają Ci tylko prace naukowe na temat nowoczesnych technik i sprzętu do irygacji winnicy lub instrukcja obsługi kadzi fermentacyjnej naładowanej wszelkimi technologicznymi bajerami.

Kiedyś myślałem, że wzniosę się na wyżyny i będę najlepszy. Jak sobie czytam Bieńczyka, to przechodzi mi ochota na „konkurowanie”. Trzeba znać swoje miejsce. Tak więc Bieńczykiem nie będę:( Pozostaje mi tylko trzymanie się Gombrowiczowskiej zasady uczącej pisania: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. I piszę, a Wy czasem się męczycie i czytacie. Nie wiem jak Wy, ale ja szybko nie odpuszczę. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale Nowymi Kronikami Wina wina pocieszam się, że może być też zabawnie;)

Tymi słowami chciałem pomóc Wam, nie p. Bieńczykowi, bo w końcu czytając ten tekst poszukujecie wiedzy, a ta wraz z dobrą zabawą jest gwarantowana wraz z tymi 480cioma stronicami.