Liść lubi 4+

Przy okazji przygotowywania się do egzaminu WSET postanowiłem zrobić zakupy na Amazon.com by uzupełnić braki w literaturze przedmiotu. Dziś maszyny myślą za ludzi, więc przy jednej z oglądanych przeze mnie pozycji automat zaproponował mi „książkę” pt. When wine tastes best. A biodynamic calendar for wine drinkers 2011. Mogłem sobie pozwolić na wydanie £3.99, więc to zrobiłem. 18 stron tekstu w formacie A6. Pozostałe 30 to kalendarz i strona tytułowa. Ten kalendarz, to alternatywna wersja dobrze nam znanego kalendarza gregoriańskiego. Alternatywna, bo wzbogacona o wiedzę biodynamiczną, którą to naniesiono na poszczególne dni, byśmy wiedzieli kiedy pić wino (do końca 2011 roku). Na szczęście we wstępie podano, że godziny z kalendarza są zgodne z czasem brytyjskim (GMT), tak więc łatwo jest się przestawić i wszystko teraz rozumiem.

Co myślę na temat win biodynamicznych już kiedyś pisałem. Nie myślę dobrze – nie wierzę w nie w skrócie. Ponieważ temat powraca, to przy okazji komentarza do książki (i nie tylko) pozwolę sobie na krótką refleksję nad biodynamiką. Do dzieła.

O książce.

Pół godziny i po kłopocie. Kilka pierwszych stron to instrukcja korzystania z kalendarza wraz z wytłumaczeniem wszystkich symboli i całej filozofii stojącej za biodynamiką.
Ostatnia część książki to krótki tekst Nicolasa Joly – słynnego na całym świecie biodynamika, który produkuje swoje wina w Dolinie Loary. Pan Joly bardzo fajnie pisze – o wpływie różnego typu specyfików chemicznych na dzisiejsze winiarstwo (szczególnie na winnicę i jej cały ekosystem), o tym jak bardzo wykorzystywanie ich oddziela produkt jakim jest wino od terroir. Są też słowa o tradycji – stworzeniu czegoś co dziś się nazywa „apelacją” – czyli prawnie wyznaczonym terenem, z którego pochodzą wina (produkowane ze ściśle określonych odmian winorośli, często przy ograniczonej wydajności z hektara i wielu innych regulacjach istotnych dla zachowania spójności danego terytorium). Na końcu jest też o ciężkiej pracy w winnicy, którą winiarz podejmuje jeśli decyduje się na metody biodynamiczne. To wszystko mądrze brzmi i ciężko jest się nie zgodzić. Jeśli winiarz chce ponosić ryzyko i pracować w ten sposób, to jego wybór i nikt mu tam do beczek czy do winnicy zaglądać nie powinien. Do tego momentu jest ok. Później jest część o mocach kosmicznych, układach planet, preparatach itp. Dla mnie, osoby stąpającej mocno po ziemi, to stos bzdur i pseudo-naukowy bełkot. Tyle o książce. Do samej biodynamiki oraz tego czym jest dla mnie odniosę się w dalszej części tekstu.

O czymś jeszcze.

Na kartach „książki” dowiadujemy się, że na iPhone można ściągnąć aplikację „Wine Tonight?„. Prosta w działaniu, po odpaleniu dostajemy informację jaka jest pora dnia (zegarek dziś już nie wystarcza) – kwiat, owoc, liść czy korzeń. W przypadku tych ostatnich dwóch pór dnia, picie wina to nie najlepszy pomysł. Podobno tylko niektóre (nie dowiadujemy się które) typy wina można pić w dzień liścia, do tego najlepiej by miały 4-5 lat lub więcej. Wszystko się zgadza; liść lubi 4+!!!
Nie uwierzycie jakim jestem farciarzem. Dziś wtorek, jeden z Winnych Wtorków. Odpaliłem aplikację i… Kurcze, dziś dzień owocu, dzisiejsze wieczorne primitivo wywali mnie w kosmos – już to czuję. Ale jestem szczęściarzem, ciężko mi w to uwierzyć.

O Steinerze.

Tak, o tym Steinerze, Rudolf miał na imię. A jak o nim, to jednocześnie o biodynamice, bo tej by nie było bez pana Rudolfa. Ci, którzy lubią czytać i pogłębiać różne tematy zachęcam do zapoznania się z życiorysem Steinera – zajmował się wieloma dziedzinami życia ludzkiego oraz otaczającego go świata. Nie chcę w tym miejscu przytaczać jego biogramu. Zastosuję olbrzymi skrót myślowy (za który pewnie dostanie mi się kiedyś). W 1909 roku, w swojej pracy pt. „Geheimwissenschaft” tworzy podstawy antropozofii. Ta natomiast bazuje na światopoglądzie ezoterycznym, czyli może być traktowana jako gnoza świata chrześcijańskiego. Teraz ów skrót myślowy – Steiner był okultystą, co łatwo tłumaczy całą ideę biodynamiki. Stąd mamy ciała niebieskie wpływające siłami kosmicznymi na procesy zachodzące na naszej planecie – wpływy księżyca, preparaty rozpylane nad winnicą, gdzie z wodą miesza się różne specyfiki, których stosunek rozcieńczenia to jak kropla w oceanie (a nie w morzu) itp. Nie zamierzam wchodzić w szczegóły, podawać nazw preparatów. Nie w tym rzecz. Dla mnie to bzdury.
Czym zatem dla mnie jest biodynamika? Ano jak patrzę na winnice biodynamiczne, to podziwiam czas jaki właściciele spędzają w winnicy, ile energii i siły wkładają w doglądanie szczegółów. Wino biodynamiczne na moim stole, to wino zrobione przez kogoś, kto bardzo dba o swoje krzewy oraz cały proces produkcji, to wino z krwi i kości. Czy rozpylił coś tam, albo zakopał róg zwierzęcy w ziemi? Mam to w głębokim poważaniu. Mogę się założyć o grubą kasę, że gdyby jeden z drugim olał to wszystko, nie kopał, nie polewał, nie śpiewał i miał gdzieś cały ten nasz piękny księżyc to różnica wyniosłaby równe ZERO.

Tym, którzy mają problemy z zaśnięciem gorąco polecam The Agriculture Course by Rudolf Steiner.

Osoby zainteresowane tematem odsyłam na bardzo ciekawą stronę: biodynamicshoax.wordpress.com

Obrażonych, zniesmaczonych moją niewiedzą i poziomem ignoranctwa zapraszam do komentowania.

 
  • Po części się z Tobą zgodzę, a po części nie. Wiesz zapewne, że np. Romanee Conti stosuje założenia biodynamiki i to już daje trochę do myślenia. Ale fakt faktem, większość dobrych producentów NIE chwali się biodynamiką nawet jeśli ją stosuje, czyli nie jest to element najistotniejszy w produkcji win;p W każdym razie, to dobry chwyt marketingowy, zwłaszcza w kraju takim jak nasz – dopiero rozwijającym kulturę picia wina.Zgadzam się w 100% z Tobą w jednym – też mam w głębokim poważaniu czy wino jest biodynamiczne czy nie – ważny jest wynik w subiektywnym teście organoleptycznym:)

    • Dzięki za komentarz.

      To, że DRC stosuje jakąś część metod biodynamiki przy produkcji swoich win nie daje mi do myślenia. Nic, a nic. Miałem okazję próbować DRC, próbowałem też innych wielkich win, które z biodynamiką nie miały nic wspólnego. Wszystko zależy od terroir, czasu poświęconego winnicy i jeszcze od kilku innych czynników.

      Jeśli chodzi o część stricte marketingową, to Steve Heimoff, z którym zrobiłem wywiad potwierdza, że odnosi wrażenie, że całe to zamieszanie związane z biodynamicznymi najwiecej ma wspólnego przede wszystkim z marketingiem.
      Ci, którzy się do tego nie przyznają, nie chcą być po prostu brani za szaleńców/szarlatanów i tyle.
      A jeśli chodzi o rynek polski, to nie wierzę, że przeciętny pijacz wina wie co to biodynamika. Z pewnością za nią nie zapłaci extra. Ludzie wiedzą mniej wiecej o co chodzi w winach organicznych/eko/naturalnych, ale to już inna para kaloszy…

  • Pingback: Piemoncki iluzjonista | Viniculture.pl - Winna Strona Życia()